Ważna informacja News: Konkurs: Wielka Bitwa

Polecamy

Dragon Ball FighterZ: (prawie)Recenzja przedpremierowa i wrażenia z turnieju!

Cześć, to ja, kordos rocznik 92’. Wychowany w czasach schyłku wieku, bezapelacyjnie najlepszych czasach by być dzieciakiem, szczególnie tutaj, u nas, w Polsce – kiedy pojawiało się wszystko a jeszcze nic się nie zepsuło, nie było Internetu (przynajmniej nie u mnie), nie było tabletów i nie było Superniani, która mówi co jest dla dzieci złe i niedobre i czego zdecydowanie nie powinny oglądać. Dlatego oglądaliśmy, oj oglądaliśmy wszystko jak leci, bo rodzice mieli własne sprawy i nie pilnowali tego, co ich pociechy widzą na srebrnym ekranie, tym bardziej, kiedy przewijały się tam rysowane postaci z wielkimi oczami. I bardzo dobrze!

Nie trudno zgadnąć, że moją ulubioną kreskówką (anime, hehe, kto wtedy znał to słowo?) na owe czasy była pewna francuska (dobra, tego języka też nie rozpoznawałem) bajka o chłopcu z małpim ogonkiem, który wyrósł na złotowłosego kulturystę. Nie różniłem się w tym od wielu moich rówieśników – dla wszystkich Dragon Ball był czymś genialnym, fenomenem, arcydziełem w oczach kilku(kilkunastu?) letniego widza, który wcześniej nie spotkał się z niczym podobnym. To był prawdziwy odjazd!

Prawie taką samą frajdę odnalazłem później, już na początku kolejnego milenium, kiedy wraz z dobrodziejstwem komputeryzacji dotarł w moje okolice na pirackiej kopii taki skarb jak Dragon Ball Z Mugen Edition 2. Co to była za gra! Wszyscy moi ulubieni bohaterowie! I jeszcze więcej! Do tego ta grafika! Te ataki! Combo wbijane przez przypadkowe klikanie przycisków! Z miejsca ten tytuł stał się moją ulubiona grą, która pochłaniała mi dnie, tygodnie, miesiące – najlepiej w czyimś towarzystwie, gnieżdżąc się przed kineskopowym monitorem przy jednej klawiaturze. To były czasy...
A potem dorosłem.

Kolejne gry spod znaku Dragon Ball pojawiały się i odchodziły do przeszłości, niektóre darzyłem jakimś zainteresowaniem, innych zupełnie nie, gdzieś uleciała ta niesamowita frajda z dzieciństwa, przygody Goku i reszty już nie były dla mnie czymś, co powodowałoby ciarki na plecach.

I wtedy pojawił się Dragon Ball FighterZ.



Newsy o produkcji i wyglądzie gry śledziłem z umiarkowanym zainteresowaniem, ot, kolejna nowinka z dobrze znanego mi uniwersum. Premiera gry nie wzbudzała we mnie wielkich emocji, nie miałem co do niej oczekiwań i najpewniej nawet bym w nią nie zagrał, gdyby tu pewnego dnia nie – trrrt trrrt :

[by_black] - Hej kordos, nie wybrałbyś się na przedpremierowy pokaz DB FighterZ, Cenega organizuje?

[kordos] – Tak, jasne, że tak, fajna sprawa!
...i poszedłem.

Na miejscu przywitało mnie dwóch panów z Cenega, szybko wypełniliśmy formalności i mogłem zająć miejsce, by na własnej skórze poznać nowy tytuł od Bandai Namco. Studio odpowiedzialne za grę, Arc System Works, znałem z serii Guilty Gear i Blaz Blue, do tego zdążyłem siłą rzeczy zapoznać się z kilkoma zwiastunami i fragmentami rozgrywki z bety, więc wiedziałem, że to będzie coś dobrego. Okazało się, że nic nie wiedziałem.

Już przy pierwszych rozgrywkach PvC fun z gry miałem taki, jak za dawnych dawnych czasów grając w Dragon Ballowe mugeny, ale gra w pełni pokazała, jaką może dać przyjemność z grania dopiero przy trybie PvP (i zielonym nameczańskim piwie, którym mogłem raczyć się w pełni za darmo). Na szczęście, mimo tak poważnych i zaprawionych w wirtualnych bojach recenzentach, jak reprezentanci CD-Action czy PSX, nie tylko dla mnie był to pierwszy kontakt z grą, ale do naszego grona dołączyli też prawdziwi progamerzy, którzy już zdążyli zjeść zęby na becie (jak Grabagra, zwycięzca późniejszego turnieju, który w czasie swobodniej rozgrywki niszczył mnie raz za razem przez dobre kilka rozgrywek) więc miałem tak zwane matematyczne szanse. Do tego atmosfera była niesamowicie sympatyczna i sprzyjająca przyjemnemu spędzaniu czasu.



I choć w turnieju odpadłem szybko, wykoszony przez gracza, który zajął ostatecznie miejsce numer trzy, udało mi się przy tym bawić tak dobrze, że każdemu – fanowi Dragon Balla czy też nie – gorąco polecam tę grę! Dragon Ball FighterZ to świetna bijatyka, nawet jeśli ktoś przygody Goku zna tylko pobieżnie (bo nie wierzę, że nie słyszał o nim wcale) będzie się przy niej doskonale bawić razem z przyjaciółmi.



Bardzo przypadł mi do gustu pomysł, by każdy z graczy dysponował nie jedną, ale trzema postaciami, które w trakcie pojedynku może dowolnie zmieniać – urozmaica to rozgrywkę, oraz daje szansę na umieszczenie kilku istotnych dla fanów smaczków, jak np. atak specjalny Osiemnastki i Kuririna (ewentualnie #17) kiedy są w jednej drużynie. Istnieje też możliwość, by wymusić na przeciwniku zmianę postaci, co może być pomocnym narzędziem w planowaniu przebiegu pojedynku. Sterowanie w grze jest dość proste, choć by je opanować perfekcyjnie i z łatwością wykonywać wszystkie combo potrzeba wyczucia i doświadczenia. Do tego, jeśli pasek energii nam na to pozwala, combo można wykonywać raz za razem, zmieniając przy tym postaci, albo wykonać atak specjalny wszystkimi z naszych trzech awatarów jednocześnie, co powoduje, że pojedynki między doświadczonymi graczami wyglądają bardzo efektownie i na ekranie naprawdę dużo się dzieje (teoretycznie może być tam sześć postaci na raz w trakcie jednej walki). Nie powoduje to jednak chaosu, za to ogląda się to świetnie. Zresztą – cała gra wygląda przepięknie, od wojowników którymi sterujemy, animacji ruchów i ataków, poprzez niesamowite tła (mógłbym nic nie robić i tylko wpatrywać się w krajobraz Namek) i cut-scenki. Nie wyobrażam sobie, by pod tym względem mogło być lepiej. Gra wygląda cudownie, gdyby tylko nowe anime tak wyglądało… Kolejnym świetnym elementem jest możliwość zbierania smoczych kul w trakcie rozgrywki, które pozwalają jednemu z graczy przyzwać smoka. Nie zdarza się to często a moment, kiedy Shenlong przybywa wygląda tak majestatycznie, wszyscy zebrani na sali zrobili wtedy „wooow”, takie to było dobre. Smok może spełnić jedno z trzech życzeń: uzdrowić postać, która go wezwała, wskrzesić jej towarzyszy, albo dać premię do siły – każdy z elementów, szczególnie wskrzeszenie poległych członków drużyny, może odmienić losy starcia. Co do samych walk: bardzo dobrą koncepcją było zbalansowanie siły postaci. Każda z nich posiada odmienne umiejętności i wymusza inny styl gry (np. Buu jest wolniejszy od pozostałych, Goku może rzucać serią ki-bali, a Piccolo rozciągnąć ramię i przyciągnąć przeciwnika z oddali), ale nie ma przeszkód, by taki Kuririn rozłożył na łopatki Future Trunksa. Co ciekawe, podczas turnieju to Yamcha był największym problemem, nawet w finałowych rozgrywkach – to chyba subtelne mrugnięcie oka w stronę fanów, bo oni wszyscy wiedzą, jaki był Yamcha.



Na koniec chwalenia chciałbym napisać więcej o ukrytych smaczkach dla fanów Dragon Balla, którymi gra jest wręcz przepełniona. Nawiązania do wydarzeń z mangi i anime są obecne podczas ataków specjalnych niektórych postaci – np. Beerus kicha tworząc kulę energii (wspomniał w anime, że kiedyś rozwalił planetę przez kichnięcie), a Freeza jako jedyny może wykonać atak specjalny tuż po tym, jak został powalony na ziemię, z pozycji leżącej (tak, jak zaatakował Goku po przegranej walce). Specjalne cut-scenki i efekty występują także, kiedy dwie określone postaci spotkają się w walce. Jeśli dajmy na to Vegeta i Goku staną naprzeciw siebie w pojedynku jako pierwsze postaci z drużyn, zainicjuje to dialog między nimi podobny jak z początku ich walki w Buu Saga, albo – to już iście genialna sprawa – jeżeli jako arenę wybierzemy Namek i ostatnimi postaciami w obydwu drużynach, które zostaną na placu boju będzie Freeza i Goku, a do tego Goku pokona Freeza, obejrzymy odtworzoną w grze scenę z anime. Całe Namek też w trakcie walki zmienia się z zielonej spokojnej krainy w pochłoniętą przez lawę, bliską wybuchowi planetę. To jest po prostu super!



Wychodziłoby na to, że Dragon Ball FighterZ poznałem jako grę idealną w swoim gatunku – kilka elementów muszę jednak skrytykować, uprzedzę przy tym jednak, że przez cały czas miałem do czynienia z wersją beta i finalny produkt w wielu elementach wyglądać może lepiej. Rzuciła mi się w oczy przede wszystkim niewielka ilość postaci do wyboru. Wiem doskonale, że transformacje dostępne w trakcie rozgrywki pozbawiły sensu np. rozbijanie Goku na kilka opcji do wyboru, jednak przez historię smoczych kul przewinęło się mnóstwo charakterów, które można było wykorzystać. Osobiście chciałbym uświadczyć w grze Goku SSJ4 i inne postaci z GT, nie za bardzo obchodzi mnie, że to nie kanon. Majin C21 też nim nie jest. Kolejny element to muzyka: jestem pewien, że w produkcie, który trafi do sklepów, będzie inaczej, jednak mnie zabrakło w grze muzyki, szczególnie oryginalnego soundtracku z Dragon Balla. Gdyby ścieżka dźwiękowa leciała gdzieś w tle w trakcie pojedynków, byłbym uszczęśliwiony. I ostatni mankament: system turniejowy zaimplementowany do gry – w wersji, w której rozgrywaliśmy turniej, okazał się bardzo wybrakowany, szczególnie jeżeli chodzi o wybór konstrukcji drabinki, która prowadzi do wyłonienia zwycięzcy. Nim udało się wylosować schemat, w którym nikt nie trafiał od razu do finału w żadnej z dwóch grup, dokonaliśmy niemal dziesięciu prób. I... to tyle. Niewiele? Sami przyznacie.

Dlatego w szybkim podsumowaniu całą grę oceniam na osiem z plusem za niesamowitą przyjemność płynącą z rozgrywki. Za to wydarzenie zorganizowane przez Cenega, za sympatycznych panów organizatorów, świetną atmosferę, zielone piwo, niezwykle otwartych ludzi, którzy brali w nim udział, frytki w pudełku z głową Goku SSJ (i wcale nie za pamiątkowe upominki, wcale), a przede wszystkim za sposobność, by jeszcze raz poznać dziecięcą radość, jaką daje Dragon Ball, oceniam na dyszkę.

To by było na tyle, bez odbioru.
kordos
Dodał: kordos, 24.01.2018 19:47

Komentarze

Brak komentarzy.

Dodaj komentarz:

Możliwość dodawania komentarzy została wyłączona przez administratora.


Polecamy

Linki sponsorowane: Kosmiczni.pl | Epic Kingdoms | Shinobi World | Comper Games | Goteiarena - Gra Bleach
Polecamy